A  A
......................Zygmunta Piekacza znam bardzo długo, jeszcze od czasów studiów w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dlatego rozumiem i wysoko cenię jego rzeźbiarską twórczość. Jest naturalna, niewymuszona jak jej powody- wzruszenie, przeżycie.
Miał w młodości wybitnych mistrzów (Kenar, Puget, Ślędzińska), ale śladów ich wpływów trudno szukać w jego pracach. Są niewidoczne. Może właśnie dlatego tak dobre ma o swoich profesorach zdanie. Sam Zygmunt Piekacz w swoich pedagogicznych zabiegach cenił odmienność osoby. Szanuje tworzywo- głównie drewno, można powiedzieć, że jest ono jego partnerem. Jeszcze przed pracą prowadzi z nim swoisty dialog wsłuchując się jakby w jego możliwości, uzgadnia całą rzeźbiarską aferę. Jest w ten sposób w zgodzie z materiałem i ze sobą. Często rzeźbi w drewnie wyrzuconym przez Wisłę w rodzinnym Zawichoście. Wedy materia rzeźbiarska jest szczególnie urokliwa, aż prosi się o dotykanie, jest plastyczna, miękka, a dopowiedzi rzeźbiarza wyjątkowo lapidarne i trafne.
Zygmunt nigdy nie przekracza pewnej granicy w ingerowaniu w materiał, co u rzeźbiarzy wcale nie jest takie częste. Pracuje tak długo, jak tego wymaga kształtowanie wizji i rzeźby. Zygmunt Piekacz tworzy nie na pokaz i nie po to, żeby sobą zainteresować. Rzeźbi głównie dla siebie, aby przekonać się do czegoś, aby utrwalić przeżycie. Czy w dobrej sztuce nie było tak zawsze?
Zygmunt wie, że na pewne pytania odpowiedź daje rzeźbienie. Dzisiaj wobec naporu mody, pozy, pozorów wypowiedzi, szafowania atrybutami nowoczesności, kokietowania umiejętnościami, jedynym zbawiennym nakazem jest wsłuchanie się w siebie, powiedzenie od siebie i podzielenie się przeżyciem choćby tylko z drugą osobą.
W pracach Zygmunta Piekacza dominacja wektorów uczuciowych, emocjonalnych zawsze była siłą motoryczną do formułowania wypowiedzi artystycznych. Jego rzeźby o tym przekonują.


Arkadiusz Waloch, 2002 r.





Ocalić od zapomnienia...


Zygmunt Piekacz to niewątpliwie artysta, którego bez wahania można zaliczyć do wąskiego grona znanych współczesnych rzeźbiarzy polskich. I chociaż w chwili obecnej nie wystawia tak dużo jak niegdyś, to jednak wernisaże jego twórczości przyciągają tłumy zwykłych widzów zarówno z Podhala, jak również tych skupionych w większych, bądź mniejszych miastach. Artysta zawsze może liczyć na pozytywny odbiór widzów, którzy pragną w stworzonym przezeń świecie odpocząć w pogoni, na jaką skazuje nas niestety współczesne życie, pokontemplować chwile, które często w pośpiechu mijają bezpowrotnie lub pozostają niezauważonymi.
Zygmunt Piekacz urodził się w 1936 roku w Zawichoście. To tam - ojciec i wujek (kowal) wpajali mu od najmłodszych lat miłość do natury. Skromne, amatorskie wyobrażenia ptaków i zwierząt powstałe w warsztacie kowalskim obudziły w chłopcu wrażliwość i miłość do Natury stworzonej ręką Boga. W 1957 roku ukończył zakopiańskie Państwowe Liceum Technik Plastycznych. Rzeźbiarz - co zresztą z dumą podkreśla – był ostatnim z rocznika, którego gruntownie kształtował niezwykły zmysł pedagogiczny Antoniego Kenara. To on wpoił swoim wychowankom szacunek do materiału - drewna, które niegdyś rosło wiodąc inne życie, a po ścięciu cierpliwie czeka na dalszą drogę kreacji, by zaistnieć jako dzieło sztuki. Swoich wychowanków Kenar wyczulił przede wszystkim na problem formy, kształtu, a zwłaszcza wpoił im umiejętność selekcji, syntezy.
Artysta studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, na Wydziale Rzeźby u prof. Wandy Śledzińskiej. Podsumowując ten krótki biogram należy podkreślić, że drogę na jaką rzeźbiarz wkroczył już w zakopiańskim liceum wciąż wzbogacał o nowe doświadczenia warsztatowe i estetyczne. Zygmunt Piekacz nie ukrywa, że zafascynowała go sztuka dawna, zapewne dzięki wykładom historii sztuki prowadzonym przez Halinę Kenar w zakopiańskim liceum. Toteż w jego dziełach można znaleźć wiele odniesień do sztuki starożytnego Egiptu, mistycyzmu dzieł wieków średnich, Bizancjum - stąd obecność migotliwych, szlachetnych odcieni patyny. Oczywiście nie sposób pominąć sztuki etnicznej min. murzyńskiej i plemion indiańskich, w której dziełach tkwi uwięziona, wręcz namacalna siła - pierwotny instynkt wypowiedzi, dzięki której artysta tworzył, nie podążał za wielkością tematu. To tzw. wewnętrzny imperatyw tworzenia - duchowa transformacja myśli, jej ponowne kształtowanie i zamykanie w formie artystycznej.
Zygmunt Piekacz wielokrotnie podkreśla, że najwięcej wyniósł z zakopiańskiej szkoły. Obcowanie z tak wybitnymi przedstawicielami sztuki, do których poza wspomnianym Kenarem należeli Władysław Hasior, Zenon Pokrywczyński, Tadeusz Brzozowski nie mogło pozostać bez echa. To Hasior i Fajkosz obecni na jego dyplomie artystycznym - dodam, że obronionym z wyróżnieniem - zwrócili uwagę na wybijającego się osobowością studenta - werbując go do pracy w zakopiańskim liceum. Ta przygoda, jak czas pokazał nie była epizodem, gdyż pedagogiem był nieprzerwanie przez 36 lat.
Rozwój osobowości rzeźbiarskiej Zygmunta Piekacza to pouczający przykład do czego można dojść dzięki pracowitości i samozaparciu, popartym ogromną dozą niekwestionowanego talentu. Z natury cichy, spokojny, o wyglądzie dobrodusznego człowieka, nie narzucający swoich poglądów, ani wizji artystycznych otoczeniu. Artysta skupia się wyłącznie na tym, co go w danym momencie interesuje. W jego świecie pojawiają się wspomnienia lat beztroskiego dorastania jego dzieci, a więc rzeczywistości rozwijającej się tuż obok niego, niekiedy porywającej go w swój nurt. Nie brakuje również chwil, gdy artysta sam kształtował realia. Zdarza się także zwłaszcza w ostatnim czasie, że stoi on z boku, jako baczny obserwator kipiącego tuż obok życia. Ścisły związek warsztatu rzeźbiarskiego z bardzo realnymi, wręcz naturalistycznymi elementami pejzażu, ludzi pozostających w zasięgu wzroku stymuluje charakter, formę i treść poszczególnych kompozycji oraz cykli. O ile postacie ludzkie są celowo i świadomie manieryzowane to i tak jest to obraz natury stworzonej przez Boga uzupełnionej przez żyjącego w jej otoczeniu człowieka i jest udaną próbą zarejestrowania, uchwycenia tego co niestałe, zmienne. Jest artystą tworzącym pod prąd, wiernie przestrzegającym maksymy wierności sobie, czyli myślenia, żeby się nie rozglądać za tym co nowe, ale szukać tego co własne. Już od zawichojskiej młodości interesował go świat ten jak najbardziej konkretny, na wyciągnięcie ręki, stąd pewnie niechęć do uprawiania sztuki dla sztuki. Nigdy nie bawiło go konkurowanie z najnowszymi trendami i kierunkami w sztuce, czy próba wyznaczania nowych bardziej oryginalnych. Wyścig ku skrajnej, nieprzedstawiającej lub odpychającej brakiem estetyzmu sztuki (co obserwujemy w galeriach) - pozostawiał i wciąż pozastawia innym. Niezależnie od tego co twierdzą jego zwolennicy i przeciwnicy, to bez wątpienia artystę zaliczyć można do grona rzeźbiarzy XIX wiecznych odrzucających akademizm na rzecz impresjonizmu, oraz XX wiecznych spod znaku Henry’ego Moora. Zakopiańskiemu artyście bliskie jest ich pojmowanie tworzywa, materii, gdzie przede wszystkim najważniejsze jest działanie plastyczne wyrażające się w formie, fakturze, a temat to drugoplanowe zagadnienie. Wszystkie znaki plastyczne, które artysta wprowadza w ściśle określoną przestrzeń swych rzeźb i płaskorzeźb, mają zakodowaną treść, odnoszą się do konkretnych spraw, które mają rodowód w życiu i wyobraźni rzeźbiarza. Należy wziąć pod uwagę fakt, że zwykły widz nie jest w stanie odczytać ich do końca, co jednak i tak nie zakłóca ogólnej percepcji dzieła. Choć jest to z pewnością sztuka przedstawiająca, posługująca się zestawem prostych kształtów i znaków czytelnych dla każdego, to jednak o sile wyrazu decyduje przede wszystkim aspekt formalny, a ukryta treść to jedynie suplement pozwalający niektórym z nas na swoisty dialog z twórcą.
Poprzedzając szczegółową analizę sztuki tego artysty należy zwrócić uwagę na cykle w jakie można, przynajmniej po części zamknąć jego dorobek. Są to: Rodzina, Erotyki (do poezji Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej), Pejzaż Tatrzański, Spalone miasto, Portret zmienny, Pièta Katyńska, Anioł Katyński, Chrystus oraz te prace, które po części zawierają się w wyżej wymienionych – Macierzyństwo, Kochaj mnie Mamo, Kochaj mnie Tato, Ptaki, Król Roger, Don Kichot, Na góralską nutę...
Listę dzieł możnaby jeszcze uzupełniać, lecz celowo niektóre z nich pomijam jednocześnie zainteresowanych odsyłając do katalogu, czy nawet do samego artysty, który z wielką przyjemnością oprowadzi każdego po ścieżkach swej drogi artystycznej. Nie można oprzeć się pokusie, by spuentować zmagania twórcze rzeźbiarza krótkim - mam nadzieję nie lakonicznym określeniem – jako poszukiwanie spełnienia. Dlaczego? Sugeruje to już na wstępie wielowątkowość tematyczna, a rzeczywistość widziana i następnie uwieczniona w jego kompozycjach jest tą najbardziej realną i konkretną. Nie może zatem zabraknąć ciepła i bliskości rodziny, tatrzańskiej przyrody, zachwytu nad utworami literackimi i muzycznymi. Artysta koncentruje uwagę na ostatecznej formie dzieła, dlatego też wszystkie wrażenia, nim wdroży w materię stricte rzeźbiarską w skupieniu pracowni przetwarza, analizuje, ocenia i dopiero po serii ekspresyjnych rysunków, które niewątpliwie znamionują natłok myśli nadaje im nową symboliczną finalną formę.
Jakim jest świat jawiący się w jego rzeźbiarskich opowieściach? Z pewnością -optymistyczny, jakby na przekór otaczającej nas szarej rzeczywistości przyprawiającej niektórych o zawrót głowy - zarówno ze względu na panujący w niej chaos, jak i wyścig techniki. Twórczość Zygmunta Piekacza to udana próba zarejestrowania ulotnego piękna nieśmiało pukającego w szyby z pierwszym tchnieniem wiosny, wesołym szczebiotem ptaków w upalnym sadzie, babim latem, słotą jesienną i wreszcie płatkami śniegu opadającym na ziemię o zimowym poranku. Ta radość tworzenia, która zbliża go do podwoji dawniejszej sztuki zapewnia jego najbliższym pewnego rodzaju panaceum na jak najgłębsze przeżycie piękna w zagubieniu współczesnego świata. Natomiast on sam szukując ulotności piękna stąpa jak za pochodnią przewodnika - śladem poezji niezwykłej poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.
Dlatego też w rzeźbiarskich storiach pojawia się opowieść o poszukiwaniu szczęścia, miłości spełnionej i nieustającej dbałości o nią, by ta niczym róża wciąż rozkwitała na nowo nabierając blasku. Czytelna jest też nuta zakochania – gdy w spojrzeniu dwojga pojawia się ten niezwykły płomyk, który z czasem zapala ogień i żar w sercu.
Dostrzegłem w Twoich oczach
Ognik mi bliżej nieznany
Malutki iskrzący płomyk
W moją stronę posłany (...)
Wyczuwam jak w mym sercu,
Kiełkuje coś wspaniałego
Nadzieja na szczęśliwe życie,
I Ciebie u boku mego (...).
/Malutki Płomyk/

Lecz czy ta miłość okaże się pierwszą czy jest ostatnią? pytanie to nieodparcie ciśnie się na usta. Dlatego zarówno bohaterowie wykreowani przez artystę, jak i my za nimi kierujemy słowa żarliwej modlitwy do Anioła Stróża o trwałość uczucia, związku.
Aniele zaprowadź mnie do niebieskiej bramy,
tam gdzie nie ma przemocy, a jest szczęście
tam gdzie nikt nie jest samotny, a każdy kochany
Aniele zaprowadź mnie tam, gdzie do raju wejście.
/Modlitwa do Anioła Stróża/

Modlitwa ta, wynika z troski, nieustannej walki o ukochaną osobę, która skoro przychodzi jako prawda, nie jak sen, pomimo starań, by nigdy nie zaznała lęku, ani tęsknoty - pozostała, a nie odeszła na zawsze...
Zygmuntowi Piekaczowi, co jednogłośnym chórem stwierdzają ci, którzy go znają powiodło się, gdyż odszukał swoją miłość, tę jedyną, upragnioną - odnalazł pióro różowe, które zgubili Aniołowie Kochania. W kompozycji Erotyk I jawi się nam para małżonków śpiących pod prostokątem kołdry, której róg poprawia skrzydlaty Amor - ten sam, który niegdyś potrącał ich ku sobie, zapalał, ciągnął za obie ręce, spychał z prostej drogi - o miłości coś bredził nieprzytomnie...
Życie pozbawione miłości jest puste, bez blasku, każdy kolejny dzień goni następny tak samo szary i beznamiętny. Nawet zatracenie w pracy nie przynosi upragnionego spokoju, jeno pogłębia uczucie pustki. Harmonii w życiu osobistym, szczęścia oraz spełnienia w miłości, których nie zastąpią żadne dobra materialne należy życzyć każdemu. Najpiękniej wyrażają to wersy Berceuse
Oczy twe ciche są jeszcze, oczy twe ciche są jeszcze,
kiedy mnie bierzesz w ramiona -
spokojnych gwiazd płyną deszcze, łagodnych gwiazd płyną deszcze
i śnieg na śniegu gdzieś kona...
W milczeniu zbladły nam twarze, w milczeniu zgasły nam twarze
i dusze bledną w miłości...
w błękitnym stoi oparze, w półsennym stoi oparze
różowe serce światłości...
Spoczywa na twoim łożu, zasypiam na twoim łożu
jak na dnie srebrzystych noszy,
stojących gdzieś na rozdrożu, wstrzymanych gdzieś na rozdrożu
w oczekiwaniu rozkoszy...

Skoro bohaterowie ze świata wykreowanego przez Zygmunta Piekacza snują opowieści o tak wzniosłych chwilach, to ich wygląd musi być zespolony z treścią, jaką nam przekazują. Postaci kobiet (gdzie w każdej z nich zawarł szacunek do swej jedynej - Jadwigi) pełne są wdzięku, zachwycają zwiewnością filigranowych sylwetek, a z ich gestów, twarzy pomimo ciążących nad nimi obowiązków (prowadzenie domu, praca, wychowanie dzieci) emanuje miłość i skupienie. Znany jest im smak miłości związany z bliskością mężczyzny i wyróżnia je ta siła, którą daje harmonijne pożycie, dlatego też dzielnie znoszą trudy, a czas z nimi obchodzi się nad wyraz delikatnie, bo wciąż zachowują dziewczęcość ducha, wiosenność rozmarzonej róży. Kobiety uchwycone są w różnych momentach życia, więc wspomniane kompozycje można określić jako ich portret duchowy, kartkę wyrwaną z pamiętnika ich codzienności. Odziane w długie przypominające bardziej tuniki niż suknie szaty przechadzają się w świecie wykreowanym przez artystę to z czarną różą, to z psem, to z kagankiem (wagą?), to przenikają się z poręczą krzesła. Artysta zapewne nie dąży do tego, by nadać którejkolwiek z nich rysy portretowe, żony. Ich eliptyczne głowy utrefia w wymyślny kapelusz lub finezyjną fryzurę, natomiast pewne szczegóły - jak ręce, obecność drugiej nogi, pomija. Jego postaci przenikają się z współczesnymi atrybutami cywilizacji: poręczą krzesła, kółeczkiem, prostokątem płaszczyzny pozbawionej faktury, z innymi osobami – dziećmi, rodziną. Przenikanie sygnalizuje jedność, nierozerwalność, natomiast obecność drabiny z przerwanymi szczeblami (drabina Jakubowa) - wskazuje na rozmaite problemy czające się jak drapieżny kot, krzesło – na rozmowę, a kółeczko – na odwieczny pośpiech. Wprowadzone niedopowiedzenia rzeźbiarskie nigdy nie narzucają odbiorcy ostatecznej wymowy dzieła. Każdy z nas obarczony odmiennym bagażem doświadczeń zawsze wychwyci to co dla niego najistotniejsze. Niedopowiedzenia formalne, to również dobra okazja do wykazania się kunsztem rzeźbiarskim. Dlatego też powierzchnie rzeźb i płaskorzeźb Piekacza przypominają bizantyńskie mozaiki, na których rozedrganej, impresjonistycznej, czy bozzetowej fakturze ślizga się światło.
Najciekawszych spostrzeżeń dostarcza zasygnalizowany powyżej wątek Rodzina. Artysta koncentruje uwagę na misterium narodzin dziecka, co wynika ze świadomie pojętego ojcostwa. Ułatwia mu to niejako przywołanie kształtu jaja, odwiecznie kojarzącego się z narodzinami, przekazywaniem życia. W eliptycznej formie jaja zamyka zarówno zasugerowane sylwetki matki i dziecka (płodu?), jak również parę rodziców z dzieckiem. Jak w dobrym rysunku wystarczy zaledwie kilka kresek kreślarskiego piórka, by wydobyć istotę rzeczy. Podobnie tutaj – zaakcentowanie rozłożonych w geście przyjęcia rąk matki oczekującej narodzin dziecka, które pielęgnuje jeszcze pod sercem wystarczy, by wyrazić najpełniej macierzyństwo (nabrzmiałe piersi). W drugiej kompozycji - werystyczne twarze rodziców czujnie obserwują swój najcenniejszy skarb - zamknięte w kołysce ramion dziecko.
Rodzina wciąż się powiększa o kolejne pociechy, ale nie może także zabraknąć zwierząt, które towarzyszą dzieciom w dorastaniu, towarzyszą wiernie człowiekowi. Po ich odejściu, podobnie jak po stracie bliskiej osoby pozostaje niewysłowiona pustka… Pewnie stąd u rzeźbiarza pomysł pewnego rodzaju epitafium, gdzie symboliczne jak stele sylwetki Piekaczów - puste w środku, wyżłobione smutkiem po stracie wiernych towarzyszy - kota i psa.
Inklinacje sztuki dawnej - może egipskiej, najsilniej ujawniają się w płaskorzeźbie Rodzina, na której ujęte w kanon, rozczłonkowane ciało kobiety otaczają jak hieroglify lewitujące postaci: dziecka, portret mumii, zwierzę, dzbanek. O tym również świadczy obecność słupa totemicznego w pracach Czworaczki, Król Roger. Może coś ze sztuki Azteków ma szamańska, obleczona w pióra sylwetka Chrystusa z wyciągniętymi w ukrzyżowaniu rękami? Kolejna fascynacja jawi się w płaskorzeźbie Don Kichot, na której niezłomny rycerz dzielnie pokonuje na wierzchowcu wyobcowaną poprzez brak krajobrazu płaszczyznę z runicznym słońcem w rogu. Gdy przyjrzymy się uważnie koń ma aż osiem nóg. Ten zabieg już stosowali futuryści pragnący oddać ruch, a w sztuce dawnej – służyło to, by uniknąć skrótów, zapewniających oddanie rzeczywistości tej dostrzeżonej, nie wyobrażonej. Sztuka prehistoryczna dochodzi do głosu w bozzetowym wyobrażeniu kobiety (Akt), której steatopygia - nadmiernie podkreślone cechy płciowe, nieodparcie przypominają posążki pramatki Wenus. Wszystkim tym kompozycjom towarzyszą gładkie tła, bo to kolejna karta związana z jednostkową historią.
W kompozycji Erotyk zaś postać z głową schowaną w ramionach i twarzą ukrytą w splecionych dłoniach nieprzytomnie spogląda przez okno, gdzie po drugiej stronie karty - tu zasugerowanego budynku - na ławce siedzi para postaci. Pewnie przed rozmówcami piętrzą się problemy (drabina), a ogarnięty melancholią mężczyzna z okna snuje myśli...
Gdy patrzę przez okno
Widzę czarne ulice
Skąpane w słabym świetle latarni
Nie od deszczu, lecz od łez mokre

Szarzy ludzie przechodzą przez
Czarno - biały świat
Patrząc na szare kwiaty
O zapachu papieru

Każdy z nich jest inny
Nie przeczę
Każdy zrobiony z innego szablonu
Bardziej lub mniej zoranego
Przez czas, miejsca, ludzi, wydarzenia

W tym świecie
O zapachu papieru
Drą się tak delikatne
Serca,
Których nawet sklejenie
Zostawia ślad

Niewielu chce umocnień
Większość woli narzekać
Na swój papierowy los

Czasem w swoim świecie szarości
Nie widzą tęczy
Rozbłyskującej gamą kolorów
I rozbrzmiewającej cichym szumem wiatru

Wolą tego nie widzieć
Żeby nie mieć Nadziei
Na kolorowe Jurto.
/Okno/

W Lunatyku artysta zaskoczył nas innym rozwiązaniem. Warto zwrócić uwagę na fakt, że kompozycja ta jest prawie wierną ilustracją wiersza. Po murze z kocią zwinnością przemyka mężczyzna kierując się w stronę mamiącej go księżycowej poświaty. Już kolejną noc zdradza swoją żonę z ... księżycem.
Ręce składa na piersiach jak święty,
Idzie, potykając się o sprzęty,
Stracił wazon, rozpalił znienacka
Pęk lunarii, cały w srebrnych plackach,
I na gzymsy się przekrada jak złodziej.
Księżyc czeka w gwiaździstym ogrodzie.
Obróciła się żona samotna.
/Lunatyk/

W płaskorzeźbie Erotyk I swobodnie wyciągnięta na łóżku z przysłoniętymi (włosami?) jak Temida oczami, dziewczyna ubrana w krótką sukienkę, ze skrzyżowanymi smukłymi nogami snuje marzenia. Zasłonięcie oczu charakterystyczne dla wyliczanki wskazuje na ciąg życzeń, pragnień wymienianych najlepiej jednym tchem. Chyba część życzeń już się spełnia, gdyż kontur prostokątnej karty układa się w falę przypominającą górski grzebień, może rysy twarzy.... Przysłuchajmy się uważnie, może to te słowa?
Kto chce bym go kochała, nie może być nigdy ponury
i musi potrafić mnie unieść na ręku wysoko do góry.
Kto chce, bym go kochała, musi umieć siedzieć na ławce
i przyglądać się bacznie robakom i każdej najmniejszej trawce.
I musi też ziewać, kiedy pogrzeb przechodzi ulicą,
gdy na procesjach tłumy pobożne idą i krzyczą.

Lecz musi być za to wzruszony, gdy na przykład kukułka kuka
lub gdy dzięcioł kuje zawzięcie w srebrzystą powłokę buka.
Musi umieć pieska pogłaskać i mnie musi umieć pieścić,
i śmiać się, i na dnie siebie żyć słodkim snem bez treści,
i nie wiedzieć nic, jak ja nie wiem, i milczeć w rozkosznej ciemności,
i być daleki od dobra i równie daleki od złości.
/Kto chce bym go kochała/

Upust afirmacji radości, młodości artysta dał w kompozycji Dziewczyna ze skakanką, gdzie jak sam dodaje zainspirowała go niezwykła poza charakterystyczna dla jego córki - stawianie stóp lekko do środka. Zapewne miłość do córek, później wnuków skłoniła go do kompozycji bliskich w duchu dziełom Henry’ego Moora - Kochaj mnie Mamo, Kochaj mnie Tato. Wiele dzieci okrutny los z dzieciństwa ograbił, szczęścia im poskąpił, zostały porzucone. Codziennie przypomina im się, że są niechciane, niekochane... To niesprawiedliwe, ale dla niektórych to bolesna prawda, jakby pomijając fakt, że dziecko jest najwspanialszym darem od Boga, zrodzonym z miłości kobiety i mężczyzny.
Z kolei kompozycje Pièta Katyńska I i II opowiadają o ponadludzkim bólu człowieka-Boga, którego martwe ciało niczym kłoda przytwierdzone jest ukośnie jak belka krzyża do z trudem stojącej, pogrążonej w bólu i rozpaczy sylwetki Matki Boskiej. Kompozycja ma wydźwięk transcendentny, gdyż tu chodzi o każdą matkę, która straciła syna w miejscu kaźni. Z bólem i rozpaczą tych kobiet łączą się Aniołowie Katyńscy I i II. Aby nie rozwijać tematu okrucieństw wojny, niepojętego zezwierzęcenia wspomnę o pracy, której powstanie sprowokował reportaż filmowy traktujący o losach dwóch Żydówek - matki i córki, które uciekając z tym co posiadały -niewielką walizeczką, niejednokrotnie odwiedziły piekło zgotowane człowiekowi przez człowieka, ale i tak odniosły zwycięstwo – uchroniły to co najcenniejsze - życie.
Miejmy nadzieję, że ta historia nigdy się nie powtórzy. Za Chrystusem, którego ramię jak drogowskaz wskazuje na serce, które ukochało i potrafi wiele wybaczyć, nawołuje do pokoju i do pielęgnowania wiary, jako niezbędnego korzenia człowieczeństwa. Do tego samego zachęcał utrudzony pielgrzym, pochylony wiekiem nasz ukochany, już nieżyjący Papież Jan Paweł II.
Zygmunta Piekacza, oprócz posądzenia o dobre życie, nie sposób nie podejrzewać o poczucie humoru. W Drodze do Doliny Strążyskiej niedzielnym popołudniem spaceruje kobieta z mężczyzną. Ubrani są w wymyślne kapelusze i stroje nieodzownie kojarzące się z antycznymi tunikami, a z ich ramion wyrastają finezyjne parasolki. Natomiast w Turyście artysta puszcza oko do widza wskazując na strój obowiązujący zakopiańskiego turystę. Mianowicie, oprócz podstawowego górskiego ekwipunku przystraja się on jak noworoczne drzewko w rozmaite niezbędne w jego przekonaniu gadżety: zabawną czapkę, komórkę przytwierdzoną do paska spodni oraz zakupioną dopiero co na straganie pod Gubałówką spinkę góralską. Swoisty urok artysta zawarł w kompozycji Na góralską nutę. Trzon jej to quazi dudy podhalańskie, w których w miejscu gryfu wyrasta postać Sabały z którego serca, wypływają strugi strun rozlewające się po płycie instrumentu. Z boków muzyka wyrastają kołki służące do naciągania strun. Miejsce smyczka zajmuje drabinka, na której zasiadły i trelują małe ptaszki. To te same towarzyszą Chrystusowi samotnie wiszącemu na krzyżu (Krucyfiks).

Zygmunt Piekacz stworzył swój styl, tylko jemu właściwy rozpoznawalny w zakopiańskim środowisku. Artysta buduje atmosferę - subtelny klimat poszczególnych kompozycji łagodną linią, oszczędnie dobierając repertuar form. Unika drapieżności, ironii, eliminuje elementy obyczajowej groteski, nakłania do refleksji, skupienia. Jego dzieła powstają z potrzeby serca, chęci zatrzymania tego co ulotne i przemijające, dowodzą dobitnie wrażliwości na piękno Natury. Przywołane kompozycje są niczym kartki z osobistego pamiętnika wrażeń rzeźbiarza, w którym za pomocą kodu zapisuje swe przeżycia, a nam oferuje ciekawą w formie pracę, która ma w nas wyzwolić wspomnienia, wywołać te mniej znane – ukryte tęsknoty. Wykreowany świat artysty ma dla nas zawsze otwarte podwoje, nie musimy oczekiwać szczególnego zaproszenia. Z tego zaproszenia skorzystało już wielu widzów uczestniczących w wystawach, co również pokazała ostatnia jaka nie dawno gościła w Nowym Wiśniczu. Rzeźby na postumentach ustawione w szeregu „wędrowały” jak w kalejdoskopie opowiadając różnorakie storie, jakie widz w zaciszu zamkowej sali mógł usłyszeć przy odrobinie chęci i wrażliwości. Dlatego dorzucę tylko to co Zygmunt Piekacz sugeruje zapraszając do swego wyimaginowanego świata, a najpełniej wyraża Maria Pawlikowska-Jasnorzewska w wierszu Dotknij
Dotknij a poczujesz
ciepły dotyk spełnienia
przybywający z oddali przestrzeni
ukrytej poza zasięgiem wzroku
gdzie potęga i siła pragnień
to nie sen w ciemnej nocy
to wyzwolone marzenia
przybyły, aby być pośród nas
patrząc w nasze oczy
przemawiając naszymi ustami
poczujemy ich istnienie

uwierz swoim oczom
posłuchaj szepczących ust
a to, co dotykasz odległe
stanie się rzeczywistością
jak słońce o poranku
i rosa na zieleni traw
jak księżyc na granacie nocy
i gwiazdy na nieboskłonie

zaufaj swojemu sercu
a poczujesz żar płomienia
palący twoje wnętrze
więc dotknij
jeśli pragniesz spełnienia

wyciągnij dłonie
- dotknij...


I tego spełnienia życzmy sobie nawzajem.... Warto!





historyk sztuki
Teresa Maria Lisek